Dominik Omiotek

Tour de France w moim domu gościł jeszcze przed tym, jak pojawił polski komentarz w Eurosporcie. Pamiętam Induraina i Jaskułę. Pamiętam jak pytałem tatę widząc cały peleton „kto prowadzi”, a ten tylko się śmiał i mówił, że wszyscy jadą razem. No ale cóż, wtedy bardziej interesował mnie Kaczor Donald i bajki na kasetach VHS, a nie kolarze. Pierwsze moje świadome zainteresowanie kolarstwem to czasy Pantaniego i chwilę później Armstronga. Jednym z obrazów, który zapadł mi w pamięci był podjazd pod Alpe d’Huez, na którym Armstrong popatrzył w oczy Urlichowi i pojechaaaaaał. Oglądając te obrazy, podziwiając góry nawet nie marzyłem o tym, że kiedyś i ja będę mógł je pokonać. Wtedy wydawał się to inny świat, oddalony o lata świetlne, że o kosztach nie wspomnę.

Na szczęście czasy się zmieniły, dziś wsiadamy wcześnie rano w samochód, a wieczorem jesteśmy we Francji. Marzenia są po to aby je spełniać, więc i ja je spełniłem, pojechałem zdobyć te mityczne przełęcze, które znałem tylko z telewizji. We Francji spędziłem lekko ponad tydzień ale za to bardzo owocny. Alpe d’Huez, Col du Galibier, Col du Télégraphe, Col du Glandon, Col de la Croix de Fer, Col de la Madeleine, Col de l’Iseran, Col d’Izoard, Cormet de Roselend, Col du Petit St. Bernard, Col Agnel. O każdym z tych podjazdów można by pisać osobno, ale i tak nie odda to tego, co czuje się i widzi podczas jazdy. Francja zaskoczyła mnie różnorodnością dolin i miasteczek. Okolice Briancon rozkładają na łopatki swoją dzikością, a jazda to czysta przyjemność. Za to 75 km dalej po północnej stronie Galibier, w okolicach Saint-Michel-de-Maurienne jest hmmmm…….  Dziwnie? Inacze? Mnóstwo betonu, stare fabryki i zaniedbane miasteczka. Jadąc tam pomyślałem, że bardziej zapuszczone to są już tylko niektóre ulice w Łodzi (swoją drogą ciekawe co by powiedział Pan Bogusław Linda?). Kilkadziesiąt kilometrów dalej szczyt Madeleine, zamawiam kawę i znów delektuję się przyrodą. We Francji najbardziej podoba mi się kultura pikniku. Co chwilę i przy każdej drodze znajdziemy miejsce gdzie ludzie staja, rozkładają stoliki, krzesełka, wyjmują kanapki, termosy, karty, gry planszowe i wolno sączy się czas. Normalnie jakbym był w środku planu filmu z Louisem de Funès. A propos jedzenia, to Francuzi naprawdę mają jakiś kult bagietki. Od samego rana wszyscy łażą trzymając w ręku papierową torbę z jedną bagietką. Nidy z kilkoma, rzadko z czymś więcej. Wszędzie ludzie idący z jedną bagietką.
Kawa – powiem tylko – no cóż niestety nie są to Włochy. Mimo iż to właśnie we Francji otworzono pierwszą kawiarnię. A skoro już o Italii mowa, to pewnego popołudnia wybrałem się na Małą Przełęcz Świętego Bernarda po to by napić się kawy po włoskiej stronie. No i się nie zawiodłem, zaledwie kilkadziesiąt metrów po włoskiej stronie juz inny standard kawy a i cena nie 2,5 a 1,5€. W tym przypadku umiłowanie do dobrej kawy zawiodło mnie w jedno z piękniejszych miejsc jakich kiedykolwiek byłem. Oczywiście jest to subiektywna opinia, ale przysięgam, że nie pamiętam kiedy będąc na jakimś szczycie uśmiech nie schodził mi z twarzy, a w myślach krążyło „Jezu jak tu pięknie”. Szkoda tylko, że dzień się już kończył bo pijąc tą pyszną, włoska (chyba już trzecią) kawę patrząc na masyw Mont Blanc miałem ochotę zostać tam wiele godzin.

Widokowo Alpy francuskie podobały mi się nawet bardziej niż okolice Bormio. Natomiast kolarsko dokładnie odwrotnie. Francuskie podjazdy wydają mi się łatwiejsze, co w sumie może być zaletą, bo spokojnie można zachwycać się widokami. Bardzo często na podjazdach znajdują się wypłaszczenia albo wręcz zjazdy, które mnie akurat wybijały z rytmu. Wyjątkiem jest Aple d’huez – to jest rzeczywiście, świątynia kolarstwa. Równo, ciężko, a jeśli doda się przed nim jeszcze jakąś inną przełęcz to faktycznie można się zajechać i poczuć to co czują kolarze na Tour de France. Nie wiedzieć czemu, zawsze za najbardziej kolarski kraj uważałem Włochy. Nie wiedzieć czemu bo będąc we Francji oniemiałem. Mimo, że nie byłem w niej w czasie wielkiej pętli to co drugi dom przyozdobiony był jakimiś kolarskimi gadżetami, a to rower, a to koszulka – jedno wielkie kolarskie święto, aczkolwiek na trasach mniej kolarzy niż we Włoszech. We Francji ciężko pozostać w jednym miejscu. Chcąc zaliczyć różne podjazdy albo musimy dojeżdżać samochodem, albo jeździć duże dystanse. Ciężko jest też wyznaczyć rundę, która dla amatora będzie znośna odległościowo. Ja najczęściej jeździłem tam i z powrotem zaliczając jakiś podjazd z dwóch stron.

Francja to idealne miejsce na wypad kamperem lub z namiotem. W każdym najmniejszym miasteczku znajdziemy co najmniej kilka pól namiotowych o wysokim standardzie, gdzie na pewno niczego nam nie zabraknie, a i parę euro w kieszeni zostanie na kawę. Jeśli zdecydujesz się na hotele to sporo czasu upłynie zanim znajdziesz odpowiedni. Chyba, że wyprawa została zaplanowana dużo wcześniej. Francuzi jak dotąd kojarzyli mi się raczej z wyniosłością i niechęcią do przyjezdnych jednak w trakcie tego wyjazdu zmieniłem zdanie. Może było to spowodowane tym, że byłem w miejscach, które utrzymują się z turystyki ale wszyscy byli nad wyraz mili. Nie sposób nie wspomnieć o tym, że we Francji podobnie jak i w każdym innym miejscu na świecie spotkasz Polaków. Niezależnie czy to szczyt mało uczęszczanej przełęczy, czy mała knajpka lub hotel w jakiejś francuskiej wiosce zawsze spodziewaj się, że w odpowiedzi na “Hallo my name is Dominik and I have a reservation…… usłyszysz – Tak, tak czekamy na Pana”. To zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy i rozbudza ciekawość bo z pewnością osoba to podzieli się kilkoma lokalnymi ciekawostkami i opowie jak wygląda prawdziwe życie w tym miejscu, a nie to wymuskane i obfotografowane w katalogach i przewodnikach turystycznych. Francuskie Alpy są inne niż włoskie. Czy lepsze? To pewnie kwestia gustu. Przed wyjazdem na pewno trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie na czym nam najbardziej zależy i dobrze ten wyjazd zaplanować. Tak czy inaczej Vive La France.