Mirek Sólnica
Tym razem Podhale Tour zawitało do bardzo malowniczej miejscowości Lipnica Wielka u stóp Babiej Góry. Do przejechania były 4 rundy po 22,5km. Runda zaczynała się długim ponad 10km podjazdem, potem długi łatwy zjazd i dalej mała górka, z której prowadził około kilometrowy zjazd na linię mety.
Na starcie pojawiły się 4 zebry; Marcin, Krzysiek, Romek i ja. Początek wyścigu dość spokojny, pierwszy podjazd i cała runda przejechana dużym peletonem, przed którym jechał jeden uciekinier. Drugi podjazd z początku spokojnie, a później czołówka podkręca tempo i na szczycie pierwszy raz strzelam. Odjeżdża około 20 osób, a ja z Marcinem i kilkoma kolarzami próbujemy gonić czołówkę. Robota idzie wzorowo, Marcin pilnuje aby było równo i w końcu doganiamy czołówkę w połowie trzeciego(przedostatniego) podjazdu. Dla mnie ta gonitwa była ponad moje siły i zaczynam odczuwać już stany przed kurczowe. Końcówka podjazdu znowu idzie mocniej i drugi raz już strzelam. Tym razem mniej zabrakło, aby  utrzymać tempo czołówki i trochę żałowałem, że bardziej się nie zagiąłem. Na zjeździe znowu powtórka z rozrywki – czyli gonimy w kilka osób czołówkę. Skład niby podobny, ale jeden nowy zawodnik w czarnym stroju i, o zgrozo, na Look-u , kompletnie psuje nam robotę. Jadąc na podwójnym, cały czas robi lukę na 5 i więcej metrów. Ja już wychodziłem z siebie, nie potrafiąc nakłonić kolegi do poprawnej jazdy. Na szczęście Marcin niemal łopatologicznie wytłumaczył co i jak, i jazda zrobiła się trochę płynniejsza. Po zjeździe i wjechaniu na ostatnią rundę chyba większość uznała, że nie ma szans dogonić czołówki i przestali wychodzić na zmiany. Teraz cały podjazd ciągnęliśmy grupkę we trzech; ja i dwóch kolegów z Passion Bike Oświęcim. Pozostali albo już nie mieli sił, albo jechali na “zbitego trzmiela”. Mi zależało żeby tempo było do końca mocne, bo w tym gronie byłem jedynym z kat. C. Z przodu odjechało mi trzech z kategorii i nie było szans na podium, ale aby wywalczyć czwarte miejsce trzeba było uciekać przed kolejną grupą. W końcówce tego podjazdu kolega w czarnym co jakiś czas “robił sobie finisz”. Ostatecznie na szczycie zostaje nas szóstka(ja, Marcin, “czarny”, Łukasz i dwóch kolegów z Passion Bike). Został nam już tylko ostatni zjazd, hopa i meta. Na zjeździe stany przed kurczowe przechodzą już w konkretne kurcze i mam obydwa uda sztywne. Udaje mi się do końca zjazdu nie odpaść. Na ostatniej hopie nie ma już sił na mocny finisz i wjeżdżam na metę w drugiej połowie naszej szóstki.
Zawody kończę na 4. miejscu w kat.(trzeci raz z rzędu:)). Do pierwszej trójki nie było żadnych szans. Aby się wdrapać na podium musiałbym być w pierwszej 5 open. Najlepszą “zebrą” był na tym wyścigu Romek, który najdłużej z nas jechał z czołówką. Romek powoli dochodzi do swojej normalnej dyspozycji, co oznacza że już wkrótce będzie się plasował w ścisłej czołówce. Pozostałe zebry pojechały na tyle dobrze, że drużynowo wylądowaliśmy na 2. miejscu. Gdybyśmy mieli w składzie piątego zawodnika, to mogło być jeszcze lepiej.
Kolega w czarnym stroju ma poczucie humoru i dystans do swojej jazdy, bo jego drużyna ma nazwę; “LOKALNY TRZEPAK”. Myślę że można by kolegę zaprosić do BIKE-RS na jakieś warsztaty i oszlifować trochę ten diament.
Nowa miejscówka wszystkim się podobała – trasa szybka, z długim łagodnym podjazdem i bezpiecznym łatwym zjazdem. Do tego bardzo malownicza z pięknymi widokami w każdą stronę. Gospodarze tego miejsca chcą, aby wyścig ten na stałe znalazł się w kalendarzu na przyszłe lata, więc należy się tylko z tego cieszyć. Ja na pewno tutaj przyjadę, więc do zobaczenia za rok w Lipnicy Wielkiej.
Zdjęcia – Grzesiek Bachórz