Marcin Poręba

W minioną niedzielę miałem okazję bawić się na jednym z bardziej lubianych przeze mnie wyścigów.

Psary to miejscowość położona w Zagłębiu nieopodal Dąbrowy Górniczej.

W końcu słońce i można było się ładnie opalić :-)

 
O ile mnie pamięć nie myli, to w Psarach byłem 2 lata temu. Wtedy to nawet jakieś podium siadło, i teraz jadąc na wyścig, liczyłem że coś może uda się zakręcić bliżej czołówki. Jak dojechałem i zobaczyłem tych wszystkich "koni" na starcie, szybko zweryfikowałem plany. 
Trasa była inna niż ta, na której poprzednio się ścigałem, chociaż najbardziej charakterystyczne momenty, czyli górka w lesie i nieco bardziej stroma "hopa" z niekończącym się wypłaszczeniem na otwartym terenie z wiatrem bocznym, zostały.
Meta oczywiście w tym samym miejscu. 
Organizacja fajna, trasa bezpieczna, chociaż drogowcy się nie popisali łatając dziury w zakrętach zaraz przed zawodami - w ostrych zakrętach leżał grysik ze świeżo załatanych dziur, wystarczyło przejechać trasę z miotłą i właśnie w takich miejscach pozamiatać.
 
Do Wyścigu Psary zawsze podchodzę z lekkim lekceważeniem trasy, w sensie że jest łatwa, i zawsze po wyścigu do mnie dociera, że jest to naprawdę przeje…. trasa. Wiadomo, że wszystko zależy od tempa, ale jak spojrzałem na przewyższenie, które mój licznik zawsze zaniża, wyszło ponad 900. Zdziwiłem się. Średnia z wyścigowych 95 km wszyła 38.5 km/h. Momentami były takie zaciągi, że znowu sobie myślałem, że po chu… mi to kolarstwo, ale jakoś przetrwałem raz, drugi, trzeci, i za każdym razem z tymi myślami… ale jakoś nie mogłem sobie odpuścić.
 
Szybko streszczając, żeby zaoszczędzić czasu wszystkim, to w połowie wyścigu poszedł MaroTM, i jechał tak wypuszczony przed grupą na 50-100 metrów - jechał tak parę klocków, aż w końcu jeden dość mocny kolo do niego doskoczył na "hopie", która się nie wypłaszcza i tak pojechali jeszcze pół rundy do podjazdu w lesie, gdzie dość mocno bolało, bo czołówka zabrała się za kasowanie - i im się udało. Robotę zrobiły chyba Agrochesty. Na czwartej rundzie za górką w lesie, poszły cztery osoby w odjazd i bardzo szybko zniknęły z pola widzenia, grupa stanęła, większość już była mocno ujechana. Każdy już patrzył żeby dojechać do kreski i walczyć o 5 miejsce open. Kreska jak to kreska, dużo nerwowości, walki o pozycję, przekleństw - taka jest część kolarstwa :-)
Finiszowałem z grupki 4. dojeżdżając na 9. miejscu, 7. w kat, to już bardziej psychiką niż możliwościami, bo skurcze spięły mi całe nogi.
Trzeba jeszcze potrenować…
 
Wieczorem w domu można było podziwiać pierwszą w tym roku opaleniznę:-) to piękne trofeum z wyścigu...
 
 
Mireczku, gratulacje czwartego miejsca.